Calymi dniami czytam sobie blogi innych ludzi ( do pracy, nie jestem jeszcze tak stuknieta!) i chyba troche zazdrosc mnie wziela. I tez postanowilam swoj wlasny blog stowrzyc. Bede w nim pisac o wszystkim ciekawym, co wydarzylo sie w moim zyciu na nie obcej mi obczyznie, wklejac zdjeciówki etc. Zobaczymy na ile starczy mi cierpliwosci... Trzymajcie za mnie kciuki.
Na poczatek taka historyjka. W zeszlym tygodniu pojechalismy na weekend do Madrytu. Zatrzymalismy sie w domu u Thora i Elsy, ktorzy mieszkaja przy Plaza Castilla. Informacja ta, jak zaraz zobaczycie, jest dosc cenna. Okolo godziny 21 w sobote 13 lutego postanowilismy z Javim odwiedzic jeszcze sklep Habitat i moze cos sobie kupic do naszego przyszlego mieszkanka. My w Bilbao nie mamy niestety Habitatu, wiec szkoda nam bylo nie skorzystac z okazji i zajrzec tam choc na 10 minut przez zamknieciem. Zdazylismy! Udalo mi sie nawet zarazic Javiego moim entuzjazmem do tego sklepu, chociaz zaciagnelam go tam juz wczesniej w Bristolu i Barcelonie. Ale wtedy jakos nie przejawial zainteresowania. Teraz to co innego... To chyba perspektywa urzadzania naszego mieszkanka takie skutki odnosi bo ostatnio nawet mi gazety wnetrzarskie podczytuje. Kupilismy dwie male miseczki bialo-granatowe w paseczki i zakochalam sie w zaslonach w kratke, ale nie o tym mialam pisac. Jak juz nas obsluga wyrzucala, bo tez dziewczyny chcialy wreszcie odpoczac i isc sobie do domu, postanowilismy skoczyc obok do Corte Inglés, bo zamykal o 22. Pobuszowalismy troche w dziale DVD i korzystajac z okazji, ze bylo 35 % znizki na wszystkie filmy, kupilismy 6 DVD. I wreszcie kiedy juz nie bylo zadnego otwartego sklepu w Madrycie postanowilismy isc na piechotke do domu. 2 stacje metra to dla nas nic. A droga przyjemna: Paseo de la Castellana w strone Plaza Castilla (te szczegoly tez moga okazac sie istotne). W domu czekala na nas juz kolacja i dwoje innych znajomych z Bilbao. I tak w szostke siedzielismy sobie przy kolacji, zajadac sie gdy Elsa zobaczyla we wlaczonym telewizorze (wiem, ze to straszny obciach) plonacy wiezowiec na Paseo de la Castellana. Dwie stacje metrem od miejsca gdzie sie znajdowalismy. Ja oczywiscie spragniona przygody chcialam tam isc, ale nie znalazlam chetnego, ktory zechcialby mi towarzyszyc. Javiego bolaly stopy (Ale ochote mial! On jest taki sam jak ja!!!) a ja sama nie chcialam spacerowac po 1 w nocy po miescie coraz czesciej porownywanym z nowojorskim Bronxem. Tak wiec musialam sie zadowolic ogladaniem TV. W pewnym momencie wydalo mi sie, ze w plonacym budynku zapalily sie swiatla. To znaczy byly okna, w ktorych swiecilo sie caly czas, ale te zaswiecily sie na moich oczach, " na zywo". Wszyscy mnie wysmiali i powiedzieli, ze jestem spragniona sensacji. I tyle. Ale ja wiedzialam swoje.
A teraz po tygodniu z hakiem od wydarzenia okazuje sie, ze na amatorskich nagraniach wideo widac dokladnie dwie postacie wjednym z biur plonacego wiezowca. Z latareczka! Chyba po prace domowa na weekend wyrabiacze normy poszli. I strazacy mowia, ze to nie oni... I w kilku miejscach plonacego juz budynku nagrano biura, w ktorych nagle zapalalo sie i gaslo swiatlo. A jakies teoretycznie zamkniete przez policje wejscie podziemne do budynku ma zerwana klodke... I niby ja zadna sensacji!!! Zycie przerasta jakikolwiek kryminal czy telenowele!
Tylko jedno mnie zastanawia... Co jest az tak wazne lub/i kompromitujace, zeby zyciem ryzykowac??? Niestety obwawiam sie, ze sprawa ta nigdy nie zostanie do konca wyjasniona...
A Thor tylko caly czas zalowal, ze to nie jego biuro sie spalilo... Bez komentarza.