28 lat minelo...
Urodziny zacely sie raczej zle... a potem bylo jeszcze gorzej... Z samego rana (wychodzac do pracy i obladowana siatami z jedzonkiem) zatrzasnelam sie miedzy drzwiami i krata i musialam obudzic Javiego walac w drzwi zeby mnie wypuscil.
Potem byly urodziny... Tu wszystko w porzadku. Wszystkim wszytsko smakowalo, a przynajmniej tak mowili. No, w kazdym razie nic nie zostalo. Zrobilam quiche lorraine, tarte pomidorowa z mozzarella na ciescie francuskiem (nawet nie sprobowalm!) i szarlotke. A Amaia dwa serniczki. Do tego przynioslysmy chlebek i cos do chlebka.
Moja dekoracja stolu wszystkich zaskoczyla i dobrze! O to wlasnie mi chodzilo. Bo oni zawsze stawiaja biale plastikowe kubeczki i talerzyki a zamiast serwetek (az wstyd mi za nich) oddzieraja sobie po kawalku papieru toaletowego!!!
Wklejam pare zdjec.

Tak wygadal nasz loftowy stól.

Szarlotka... mniam mniam...

Quiche lorraine... nie ma juz z nami tej formy :(

Tarta, ktora PODOBNO byla wysmienita. Talerzyk zolty taki sam jak potrzaskany pomaranczowy. Ten przetwal. Mam jeszcze jeden taki, ale czerwony.
A w drodze powrotnej do domu porwala mi sie torba, w ktorej nioslam graty i potrzaskalo mi sie pol mojego szklanego dobytu: pomaranczowy talerz i forma z Ikei. Cale szczescie Amaia poszla po pracy do Ikei i mi kupila forme. Brakuje tylko talerza ale Javi obiecal, ze mnie zawiezie do sklepu gdzie je maja.

.
.

.
.