wtorek, czerwiec 28, 2005

Od soboty nie moge sie otrzasnac z szoku

W sobote bylam z Elsa, jej siostra i przyjaciólka na sklepach w poszukiwaniu prezentu dla kogos tam. Weszlysmy do Zara Home i zobaczylam narzute na lózko dokladnie taka jaka sobie wymarzylam: kolor i odcien, tkanina etc. Zdziwilo mnie troche, ze wisiala na poreczy dzieciecego lozeczka tuz obok kasy. Ale pomyslalam sobie, ze tutejsze baby takie sa, ze rozwalaja wszystko w sklepach i tak zostawiaja. Zrobilam rundke po sklepie i nie znalazlam drugiej takiej samej. Wrocilam wiec w tamto miejsce i zobaczylam, ze trzymala ja babka. I pytam "Kupujesz te narzute? Gdzie ja znalazlas?" A ona mi na to:" Kupuje, wzielam ja z polki z niebieskimi tkaninami". Ja: " Jaka szkoda! Wyglada na to, ze wzielas ostatnia. Mozesz mi powiedziec ile kosztuje?" Ona: "Nie mam zielonego pojecia". I razem poszukalysmy metki. Bagatelka 200€. Moj budzet na narzute konczy sie na 100 € wiec nawet gdyby byla jeszcze jedna, nic z tego. A ona ja kupowala bez patrzenia na cene!!! Nawet gdybym miala tyle kasy, z czystej ciekawosci rzucilabym okiem. Jestem pod wrazeniem albo raczej w szoku. Bo to juz nie chodzi o te pieniadze. Sa ludzie, ktorzy maja duzo i narzuty o wiele drozsze. Ale ta postawa!!! Jakie smutne musi byc zycie kogos, ktos nie musi patrzyc na cene. Ta babka napewno nie potrafia sie cieszyc z wyprzedazy!

Potrzebuje wakacji!!!

Jestem przemeczona! Cale szczescie to juz ostatni tydzien baskijskiego! Mam nadzieje, ze w przyszlym roku uda mi sie dostac do Szkoly Jezykowej gdzie maja kursy rano, 3 razy w tygodniu po godzince. Na dodatek w Deusto. Moglabym chodzic na kurs na 8 i potem o 9.15 de pracy. I mialabym cale popoludnia wolne. To znaczy od 19! Potrzebuje wakacji... Jeszcze tylko miesiac z hakiem, z haczykiem nawet. A teraz znowu koniec miesiaca i znowu mam wiecej pracy. Nie lubie tego, ja lubie pracowac wolno albo szybko, ale nie na czas! Bardzo nierówna ta moja praca! Ale i tak ja uwielbiam. Javi sie smieje ze mnie bo ja zawsze mowilam, ze nie moglabym pracowac w firmie, ze nie chce ze sztywniakami co zwracaja sie do siebie per pan/pani a dzieci jeszcze sa. Ale moja firma niewiele ma wspolnego z "normalna" firma.

Bo na przyklad:
- zwracamy sie do siebie wszyscy po imieniu (ale to akurat to nie tylko w firmie, ale w calym kraju)
- pracyjemy w lofcie wszyscy razem
- szefowie nie maja gabinetów, pracuja przy stole razem z nami
- mamy tylko jeden telefon (za to przenosny i znamy wszyscy melodie z komórek innych i podspiewujemy i podgwizdujuemy je razem!)
- nie mamy znienawidzonych przeze mnie opuszczonego sufitu, wykladziny ani klimatyzacji.
- nie mamy maszyny z kawa ani fotokopiarki. Ale mamy ekspres do kawy, ktora sami robimy i placimy ze zrzutki, ktora trzymamy w puszce po warszawskiech czekoladkach. Nietrudno zgadnac skad ja mamy!
- ubieramy sie normalnie, tak jak na ulice i nikomu do glowy nie przychodzi, ze mozesz lepiej pracowac na obcasie, w spodnicy i zakiecie. (Dzis na przyklad jestem w koszulce bez pleców. Tzn bez polowy pleców). Tu w ogole kroluja klapeczki, letnie spodnie i koszulki na ramiaczka. A w piatki nawet bikini widac tu i ówdzie. Ale jak przyszla wizytacja z jakiegos madryckiego ministerstwa co daje nam zapomoge, to wszyscy przyszli na galowo!
- nie podpisujemy wejsc i wyjsc. Nie kontroluja nas karty magnetyczne ani chipy. Mozesz wyjsc na miasto kiedy chcesz bez pytania, ale na koniec miesiaca raport musi trafic do klienta na czas i w dobrze zrobiony. I to juz moja sprawa jak to zrobie.
- kazdy pilnuje tu siebie i nie ma hierarchii, oprocz tego ze szefowie sa szefami bo to ich firma.
To jest bardzo nietypowa firma bez przerostu formy nad trescia, sztywniactwa etc. a jednak ma dobe wyniki i pierwszoligowych klientów. Pisza o nas w gazetach i daja nagrody. Jakie szczescie mialam, ze tu trafilam! Javi mowi, ze to Ulica Sezamkowa i znowu ma racje! Nawet nie wiecie jak trudno zyc z kims kto ma racje PRAWIE tak czesto jak ja!

piątek, czerwiec 24, 2005

Gdzie nie pojade, tam krowy

Najpierw Chicago, potem Bilbao a teraz kolej na Warszawe. Czytam w Gazecie, ze ludzie strasznie je atakuja. Moze i rzeczywiscie to straszny kicz, ale ja osobiscie wole nawet kiczowate krowy na ulicach niz handel obnosny. A poza tym i tak tylko na lato. Przeciez nie zostana na stale. A dzieciaki beda mialy frajde i dorosli tez sie czasem usmiechna. Zawsze to cos ciekawego, co warto zobaczyc. Zreszta niektore sa calkiem ladne. Z przykroscia musze stwierdzic, ze chicakowskie byly najlepsze a Bilbao nie popisalo sie wcale. Ale przeciez to male miasto...
Ciesze sie, ze jade do Warszawy i zobacze krowki... muuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu

Krówka Warszawianka
Krowa Chicagowska
Bilboko behia

czwartek, czerwiec 23, 2005

1000 Czytelnik

Wielkie dzieki za czytanie mojego blogu! Nawet jesli z tego 1000, wiele wizyt bylo moich, bardzo mi milo :).

środa, czerwiec 22, 2005

Bardzo jestem dumna z mojego Javierka

Zainspirowany literatura pewnego poludniowo-europejskiego pisarza, zaczal wymyslac sobie gre. Taka karciana w stylu Magic czy Marvel, ktore sprzedaje w swoich sklepach. Nic to nie ma wspolnego z tradycyjnymi grami karcianymi, raczej z planszowymi tylko bez planszy. Takie, ze dzieciaki (i strasze 40-letnie dzieci!!!) moga nosic w plecaku, a nawet w kieszeni. Bylo to w 2003 roku. I teraz niedawno mu sie przypomnialo i wrocil do pomyslu. Odgrzebal zakurzone notatki i wrocil do pracy. Ja sie klade codziennie o 24h a on pracuje po nocach. I juz prawie ja skonczyl. Poza tym skontaktowal sie z wydawnictwem, ktore moze mu ja wydac (nie wiemy jeszcze ile to by kosztowalo) a z dystrybucja nie ma problemu. Na poczatek w swoich wlasnych sklepach moglby sprzedawac. I dumna jestem z niego z tego powodu. Trzymam kciuki i wspieram. Mam nadzieje, ze uda mu sie wydac gre, nawet w bardzo malym nakladzie bo sadze, ze warto. I nie dlatego, ze to moj chlopak. Gra wydaje mi sie interesujaca i dobrze obmyslana. Od mysli przewodniej do ostatniego szczególu. Niestety zrozumiecie sami, ze w blogu nie moge opowiedziec gry, ktora moze bedzie wydana. Na tym etapie jeszcze jest tajemnica, ale jesli sie nam uda, z pewnoscia sie z Wami podziele nowina.

wtorek, czerwiec 21, 2005

Niewymiarowe poszewki

Musze isc dzis po pracy do Zara Home wymienic albo oddac wczoraj kupione poszewki na poduszki. Bo z trzech typów poduszek, ktore mam, nie pasuja na zaden! Nie wiem dlaczego tak jest, dlaczego tak dziwnie robia. Bo zrozumialabym gdyby nie pasowaly na poduszki europejskie, ale one maja niby format hiszpanski a i tak nie pasuja. Bo za szerokie i ciut za krótkie. Takie pomiedzy Europa i Hiszpania, pirenejskie powiedzmy. Kupujac zwrocilam za bardzo na to uwagi bo myslalam, ze standardowe. Nie ma na to jakiejs normy europejskiej??? Ale nie jest to bynajmniej niemila wycieczka bo kocham ten sklep. I moze sobie cos kupie jeszcze do tych poszewek. Tyle pieknosci tam maja i mila muzyczka leci. Nic tylko kupowac!

poniedziałek, czerwiec 20, 2005

Piosenka musi posiadac tekst i Jorge Drexler

Wiec Kasia Nosowska miala racje. Chociaz akurat jej teksty wcale mi sie nie podobaly, w tym trafila w samo sedno. Piosenki, ktore mi sie podobaja, ktore sa dla mnie wazne, maja tekst i to dobry tekst. Ja jako osoba niewazliwa na muzyke i wrazliwa na slowo pisane (chociaz po polsku pisac nie umiem i nawet mam na to zaswiadczenie!) skupiam sie glownie na slowach piosenki. I potrafie czytac ksiazeczke swiezo nabytej plyty i nie wlaczyc muzyki! Dlatego tez ostatnio slucham Jorge Drexlera. To urugwajski bard, ktory dostal oskara za piosenke do filmu o Che i ktoremu nie pozwolili zaspiewac na gali oskarowej, jako ze malo znany w US i nie przyciaga publicznosci przed telewizory! Nie jest postacia mediatyczna! Co za wstyd! Dlatego tez piosenke zaspiewal Antonio Banderas i zrobil to zle. Mowie to otwarcie chociaz Antonio fajny jest. Mam takie dwie ulubione piosenki Drexlera, którymi chce sie z Wami podzielic. Pierwsza to Mi Guitarra y Vos a druga Milonga de un Moro Judío. Goraco polecam... Wlacze sobie te pisosenki na moim MP3, ktory podarowal mi Jabitxu na urodzinki...

piątek, czerwiec 17, 2005

Tytulem wyjasnienia

Javi, ktory skomentowal poprzedni post, to moj kolega z pracy! Zobaczcie jak pisze po polsku! Tak naprawde to zrobil to tlumacz automatyczny i calkiem, calkiem mu to wyszlo. W porownaniu do innych tlumaczen automatycznych, ktorych sie nie rozumie wcale. Ten Javi to nie moj Javi. Wyjasniam. Gdyby to napisal moj Javi, nie byloby w tym nic dziwnego.

czwartek, czerwiec 16, 2005

Pusto wszedzie, glucho wszedzie

Prawie wszyscy poszli sobie na obiad wegetarianski. W biurze zostalysmy tylko ja i Mabel, co oznacza, ze na kazda przypada prawie 250 metrow kwadratowych. Bardzo dziwne uczucie. Cicho jakos i dziwnie. Slyszac szum serwerów... Nie poszlam na obiad z reszta bo cxzekam na telefon od Javiego. Musze (i chce) z nim jesc bo musze go pilnowac, zeby dobrze sie odzywial. Czasem mi sie wydaje, ze ja nie chlopaka tylko synka mam. Troche wyrosnietego, ale przeciez to takie duze dziecko! W kwestiach kulinarnych, w innych dziedzinach to naprawde odpowiedzialny i powazny czlowiek. Mozna na nim polegac, ale stolówki szkolnej bym mu nie powierzyla. Chyba, ze do zarzadzania. Ale teraz kiedy ja pracuje, on mi gotuje. Wczorajsza tortilla wyszla mu WYSMIENITA.

To moja chudzinka!

środa, czerwiec 15, 2005

Moje nowe ksiazeczki

Zapomnialam napisac o pozostalych prezentach urodzinowych, ktorymi mnie obdarzono. Od znajomego Javiego, ktory ma wydawnictwo komiksowe dostalam 2 wielkie, grube i pieknie wydane ksiazki-komiksy. A darczyncy osobiscie nawet nie znam! Ale Javi z nim byl w dniu moich urodzin i tak jakos wyszlo... Milo z jego strony. Pierwsza to powiesc o mlodosci jednego chopaka- rysownika. 660 stron i przeczytalam jednym tchem. Tekstu malo, ale za to jakie piekne rysunki! I co sie okazuje, ze moja kolezanka z pracy zna osobiscie autora, chociaz ten jest Jankesem. Nie chce mi powiedziec skad a ja z ciekawosci umieram. Wiem tylko, ze facet przyjechal na targi komiksu w Getxo i zostal ponad miesiac w czyims domu i ze to nie byla ona.
Wiec wracajac do komiksu, ktory tak miedzy nami mowiac nazywa sie Blankets, 10 lat temu moglby byc moja ulubiona ksiazka. Ale poniewaz mam mentalnosc trzydziestoparolatki, juz go czytalam z perspektywy nieco dalszej. Nie polecam osobom religijnym i niechetnym refleksji.



Drugi to Berlin, jakas historia umiejscowiona w Berlinie lat 30 z historia polityczna. Ale niewiele wiecej moge powiedziec na ten temat bo jeszcze nie przeczytalam.
Wreszcie kupilam sobie moje wymarzone Diseño Escandinavo. Wazy to pol tony i w reku nie moge utrzymac. na serio musze czytac opierajac tomisko na stole. Przynajmniej wiem dlaczego 30 € kosztuje. To z pewnoscia jedne z lepiej wydanych 30€ w moim zyciu.
A tak w ogole to trafilam na fajne oferty w mojej ulubionej ksiegarnio-kawiarni wiec kupilam wiecej niz zaplanowalam. Chcialam albumik Tamary Lempickiej, ale nigdy nie znalazlam malego, czytaj taniego. Az do teraz. A ze jeszcze mieli Fride, no ti siup Friducha. a ze byla oferta 3 w cenie 2, to jeszcze sobie Diego de Rivere zgarnelam. Plus 10% znizki. Cale 39 eurosków zamiast 51.

poniedziałek, czerwiec 13, 2005

Amai wybryków ciag dalszy

Tak jak sie tego spodziewalam, nie moglo sie skonczyc tylko na wklejeniu umowy o prace do raportu. Zostawila torebke na murku w metrze! Z dokumentami, pieniedzmi, kartami, kluczami do mieszkania etc. W drodze na plaze, zadzwonil do nas Ander i powiedzial zebysmy wysiadly wczesniej i zawiezie nas samochodem na plaze. Wiec wysiadlysmy. A ze bylo dosc goraco Amaia zaczela zmieniac koszulke (z krotkiego rekawka na ramiaczka). Na ulicy!!! Inna sprawa, ze miala bikini juz na sobie. I poniewaz zawsze ma pelno rzeczy (tym razem torebka, plecak i butelka z woda w reku), polozyla czesc na murku. W tym momencie przyjechal Ander i poszlyslmy w kierunku samochodu. Dopiero na plazy w Getxo zorientowalismy sie, ze Amaia nie ma torebki. I trzeba bylo wracac. Miala ogromne szczescie bo torebka caly czas lezala na tym smaym murku. I nawet w srodku wszystko bylo! Niesamowite. Ja z Polski przyjechalam i takim rzeczom nie moge sie nadziwic. Ale na plzy cudownie. Pokrzykiwalysmy troche na ludzi (ja, ze piaskiem sypia, Amaia, ze pilka w nas rzucaja) czyli wszystko w normie. Ale opalone jeszcze nie jestem... Trzeba bedzie powtorzyc.

piątek, czerwiec 10, 2005

Nie ma jak Amaia!!!

Ta dziewczyna nie ma sobie rownych! Tyle radosci mi sprawia obcowanie z nia. Dzisiaj przeszla sama siebie i chyba wszystkich innych... Do raportu dla pewnej wielkiej firmy produkujacej napoje orzezwiajace (tak, tej samej, ktora wszystkim przychodzi na mysl) wlaczyla swoja umowe o prace, wszystko ladnie oprawila i juz by wyslala gdyby nie fakt, ze nasz szef zaczal sobie to przekladac... Mimochodem!!! BEZ KOMENTARZA. Taka jest i taka musimy ja kochac! Az sie boje, zaraz jade z nia na plaze.

Po pracy na plaze

Dla takich dni jak dzisiaj warto bylo tu przyjechac. Zaraz po pracy o 15h idziemy z Amaia na plaze. Pakujemy sie do metra i na sloneczko. I caly sierpien zamierzamy tak chodzic, no oprocz wakacji. Przynioslysmy bikini, reczniki, kanapki (nie jemy dzisiaj prawdziwego obiadu) i wszystko, o czym tylko mozesz zamarzyc na plazy. Jeszcze nie zdecydowalysmy na ktora plaze idziemy (mamy kilka do wyboru!!!) Potem ja wsiadam do metra i na baskijski. A o 22 do domu. Intensywnie, nie? Przyszlam do pracy z torba plazowa i ludzie na ulicy sie na mnie gapili bo o 8.45 na plaze to troche za wczesnie.
Ja moj glos oddaje na te plaze!
.

środa, czerwiec 08, 2005

Praca fizyczna

Dzisiaj pracuje fizycznie. Cale przedpoludnie zeszlo nam na... montowaniu mebli z Ikei! Tak kolo poludnia otworzyly sie drzwi windy, ktore prowadza bezposrednio do naszego loftu i zobaczylam pelno kartonów z bardzo znajomego mi sklepu. I wzielismy sie za montowanie krzesel (czarne, stalowo-niebieski i biale sztuk jakies 16), dwa male biale stoliki i jeden czarny. Jeden wielki bialy owalny stól jadalniany (dla nas na zebrania), dwie sofy (przybic nózki i przyodziac w zolte pokrowce). Pokrowce sa zolte, chociaz dwie osoby w biurze twierdza, ze pomaranczowe, dwie biblioteczki biale zmontowane takie jak ja chce do domu!!! Takie sliczne biuro mamy teraz!
Poza tym berdzo jestem przemeczona bo caly tydzien pracowalam ciezko nad mapami. W tym miesiacu mam wiecej pracy bo Amaia wziela nowego klienta. Ale sobie swietnie poradzilam ze wszystkim i jestem bardzo z siebie zadowolona.

Tak wyglada nasza sala zebran po. Nie ma to jak satysfakcja z dobrze wykonanej pracy!



Takie sofy mamy dwie i do tego zolciutkie jak wiejskie jajko pokrowce. Narazie jeszcze nie urzadzilismy kaciku wypoczynkowego. Moze jutro...

środa, czerwiec 01, 2005

Cudowny film

widzialam. Od samej premiery (2003) wiedzialam, ze mnie ten film interesuje i ze bedzie mi sie podobal, ale jakos nie mialam okazji go obejrzec. jak wiecie ja do kina na nowosci nie chodze, oprocz Woddy Allena z Javim, raz w roku na nowy film a potem kupujemy na DVD. Ale caly czas mialam go na liscie. I warto bylo. Troche sie balam ze wzgledu na moj wrodzony (badz nabyty z wiekiem) pesymizm. Jest to historia dziewczyny, ktora dowiaduje sie, ze ma raka i 3 miesiace zycia wiec musi wszystko zorganizowac i pozalatwiac zanim umrze. Tak w skrócie. Ale tak naprawde to ten film powinni ogladac wszyscy pesymisci. Mnie nawet troche wyleczyl i wszystko widze szaro. Splakalam sie strasznie i kilka razy. Tak na marginesie, coraz wrazliwsza sie robie. Javi nawet chcial mi zabrac film i mowil caly czas: "Ja wiedzialem, ze nie powinnas tego ogladac". Polecam goraco. nie wiem czy byl w Polsce, chyba tak bo w Hiszpanii bardzo nagradzany. Juz sprawdzilam, nazywa sie tak samo: "Moje zycie beze mnie".